Alien Shooter 3D – recenzja gry Java

Czasem to co proste bywa najlepsze. Idealnym dowodem tego stwierdzenia była wydana w 2003 roku przez małe studio Sigma-Team niskobudżetowa gra zręcznościowa zatytułowana Alien Shooter. Ten klasyczny dwuwymiarowy tytuł, przypominający nieco stylem Alien Breeda (Amiga) zrobił naprawdę sporą, pozytywną niespodziankę. Wydany też w polsce, zarobił na tyle dużo, że jakiś czas potem powstała równie świetna kontynuacja. Zasady gry były proste jak budowa cepa – postać, którą sterujemy, kontra setki, wręcz tysiące obcych, które tylko czekają aż ich potraktujemy jedną z kilku typów broni. Wspominam o tym nie bez powodu, bowiem  grupa Net Lizard postanowiła wypuścić na rynek telefonów gier Java Alien Shootera, ale tym razem jako pełnoprawnego FPSa. Jak im to wyszło? Zobaczmy.

Czytaj dalej

Worms 2010 – recenzja gry Java

Jakiś czasu temu Electronic Arts wypuściło nową wersję Wormsów, oznaczoną numerkiem 2010. Jako że jestem dość wiernym fanem serii, zwłaszcza pecetowej, postanowiłem zmierzyć się z komórkową wersją.

Czytaj dalej

Aquanoid – recenzja gry na Symbian


Kolejna wersja (jest ktoś w stanie je wszystkie zliczyć?) nieśmiertelnego Arkanoida. Jak jego nazwa wskazuje, akcja toczy się w wodzie, a dokładniej mówiąc pod wodą. W roli paletki służy nam tutaj… łódź podwodna, co początkowo wywołało na mojej twarzy lekki uśmiech, ale co by nie mówić, pomysł jest dość oryginalny.

Po uruchomieniu aplikacji, jako pierwsze wita nas logo producenta, nieznanej dotąd mi firmy Com’m’play. Menu gry, które dostrzegamy tuż po tym, zostało przygotowane stosunkowo ciekawie. Opcji wielu nie ma: możemy pobawić się głośnością dźwięku, czy też zmienić język na francuski (docelowy to angielski, polskiego oczywiście nie ma), ewentualnie obejrzeć creditsy czy przerywniki filmowe (o których jeszcze wspomnę, ale to za moment). Oprócz tego jest krótka, rzeczowa instrukcja – swego rodzaju wstęp – a także lista najlepszych, do której będziemy mogli się wpisać (albo i nie).

Przechodzimy do konkretów i uruchamiany grę. Całość podzielona została się na 5 map, w których do przejścia jest po 10 plansz. Łącznie daje nam to, jak łatwo obliczyć, 50 etapów, co jest sumą niezłą, aczkolwiek nie imponującą. Po dokonaniu wyboru pierwszej mapy i obejrzeniu krótkiego wstępu, możemy zaczynać bój.

Zasady rozgrywki nie różnią się niczym od tych znanych ze standardowego Arkanoida, znanego choćby przez miłośników NES-a (aż łezka się w oku kręci). Celem jest zbicie wszystkich klocków na każdej z plansz. Robimy to za pomocą piłki, którą odbijany wspomnianą na poczatku recenzji paletką. Jeśli nie zdążymy odbić piłki – tracimy życie. Jeśli wyczyścimy ekran z klocków – przechodzimy do następnego levelu. Proste i grywalne.

W grze nie zabrakło oczywiście rozmaitych bonusów, które czasem wypadają, a czasem nie, po rozbiciu cegiełki. Są to różnokolorowe rozgwiazdy, a każdy kolor takowej jest przypisany do jednej niespodzianki. Dzielą się one na te pomagające i przeszkadzające, tak że trzeba uważać i nie łapać wszystkiego co spada. Klej, powiększona paletka, pomniejszona paletka, torpedy, kosząca piłka… – jest tego całkiem spora ilość. To bez zwątpienia plus Aquanoida.

Plansze są stosunkowo proste, choć zdarzają się zaprojektowane tak wrednie, że nie stracić życia jest naptawdę trudno. Jednak ogólnie rzecz biorąc nie mamy tutaj do czynienia z jednym z Praw Gracza, mianowicie „Każdy Kolejny Poziom Jest Trudniejszy Od Poprzedniego”. Z jednej strony szkoda, gdyż zwiększyło by to koncentrację nad grą, a tak momentami wkrada się znużenie. Dobrze, że poziomy są przygotowane w ten sposób, aby nie były tylko zbitkami cegiełek. Każdy z nich coś przedstawia i nie jest wyłącznie abstrakcją zrodzoną w głowie projektanta 😉 Żadnej rewelacji nie doświadczyłem, jednak taki stan rzeczy cieszy.

Pod względem graficznym Aquanoid prezentuje sobą rzemieślniczą robotę. Ładnie, lecz bez fajerwerków. Obiekty są starannie wykonane, tło animowane, w wodzie pływają rozmaite żyjątka…mnie się podobało, Wam zapewne też przypadnie do gustu, choć nie wątpie, że znajdą się tacy, co trochę pokręcą nosami.

Na oddzielny akapit zasługują przerywniki filmowe. Co ciekawe, Aquanoid spojony jest fabułą (w tym gatunku to prawdziwa rzadkość), a po przejściu każdej z map jesteśmy obdarowywani krótką animacją wykonaną techniką 3D. Od razu zaznaczam, że szału z tym nie ma – proste, rozpikselowane, bitmapowe obiekty nie powodują już dziś przyspieszonego bicia serca, jednak sam fakt obecności tych scenek jest miłą odmianą od ciągłego zbijania klocków i pozwala na chwilę wytchnienia. Drugą sprawą jest zerowe skomplikowanie tejże historii – ewidentnie została wciśnięta na siłę, bez większego przygotowania scenariusza. Cieszy za to, że twórcy mieli na tyle poczucia humoru, aby wpleść w nią kilka zabawnych akcentów. Mnie się generalnie podobało 🙂

Pod kątem dźwiękowym jest standardowo. Muzyka w menu jakaś tam sobie plumka (nic specjalnego), dźwięki podczas rozgrywki są, ale nie jest to nic, co by się wybijało ponad przeciętność.

Podsumowując: tytuł tej stosunkowo mało znanej firmy, jest bardzo dobrze wykonanym kawałkiem ciekawej i ładnej produkcji. Widać spory wkład pracy i czasu włożonej w grę przez programistów, a w takie dzieła aż chce się grać. Jedynym mankamentem okazuje się dość krótki czas potrzebny na dotarcie do ostatniej planszy, ale do tego chyba się już przyzwyczailiśmy, nieprawdaż?

Producent: Com’m’play

Wersja językowa: angielska

Testowano na: Nokia 6630

Grafika: 7/10
Dzwięk: 7/10
Grywalność: 7/10
Ocena: 7/10

Tekst i screeny: SpokoWap

vBoy – emulator konsoli Game Boy/Game Boy Color

Posiadaliście kiedyś GameBoya? Handheld od Nintendo zrobił swego czasu sporą furorę na rynku przenośnych konsol i przez wiele lat był najsłynniejszą „maszynką do grania”, w każdej sytuacji i w każdym miejscu. Dziś dostać jest ją stosunkowo trudno, zwłaszcza w dobrym stanie, czego Allegro może być idealnym dowodem. Dla zdesperowanych mam jednak inne wyjście – emulator. Tutaj prym wiodą oczywiście pecety, ale również użytkownicy telefonów komórkowych mogą pograć na starych konsolach – w tym i na GameBoyu.

Firma Vampent wyszła naprzeciw tym, którzy mają sentyment do tej, co by nie mówic, kultowej „kieszonki” i w pocie czoła przygotowała emulator o wiele mówiącej nazwie VBoy. Czy projekt jest udany?
Jak dużo tytułów na tym pójdzie?
I czy da się wygodnie grać?
Na te, jak i inne pytania, znajdziecie odpowiedź czytając kolejne akapity testu.

Po krótkiej instalacji i uruchomieniu aplikacji, dostrzegamy dość staroszkolnie zaprojektowane menu. Obsługa programu jest pozornie banalna i myślę, że nawet średnio rozgarnięty użytkownik Symbiana, powinien sobie z nią szybko poradzić. Jednak jest jedno ale, przez które początki mogą sprawiać nieco kłopotów. Dzieje się to głównie z powodu nieco pokrętnego interfejsu wyboru gier, dlatego też podaje krótką instrukcje szybkiego startu.

Jak zacząć:
*Instalujemy aplikacje Vboy
*Sprawdzamy, czy w pamięci telefonu, w katalogu Data/Others, utworzył się folder Vampent. Powinno to wyglądać jak na zdjęciu poniżej.

*Jeśli nie, mamy starszy telefon i należy utworzyć go ręcznie. Dowolnym menedżerem plików (zakładam, że każdy takowy posiada. Jeśli nie, to polecam świetnego i, co ważniejsze, bezpłatnego X-Plore, opisywanego już wczesniej na blogu) tworzymy na dysku folder o nazwie vampent, a w nim kolejny, o nazwie gbroms.
Powinno to wyglądać tak jak na zdjęciu poniżej:

*W obydwu przypadkach, do tego też katalogu (gbroms albo vBoy) zgrywamy ROMy z grami. Mogą być (a nawet powinny – spora oszczędność przestrzeni na karcie pamięci) w postaci skompresowanego archiwum .zip
*Uruchamiamy program Vboy
*Wybieramy z listy pożądany tytuł gry, a następnie zatwierdzamy wybór klawiszem akcji.
*Możemy cieszyć się grą!

Tym sposobem potrafimy obsługiwać podstawowe elementy programu. Vboy posiada jednak multum opcji konfiguracyjnych, którę mogą zwiększyć przyjemność płynącą z zabawy. Często bowiem zdarza się, że albo nie pasuje nam sterowanie, grafika, czy też dzwięk jest zbyt głośny. W tym celu przygotowano następujące opcje:

#Game
W tym miejscu możemy zapisać, bądź załadować stan gry, jak również zresetować i ustawić prędkość jej działania (najlepiej wybrać wartość 55).

#Sound
Tutaj mamy dostęp do szeregu opcji związanych z dźwiękiem. Jeżeli gra działa zbyt wolno, to warto tu poszperać. Mamy możliwość podgłaszania, ściszania dźwięku, a nawet wyłączania poszczególnych kanałów, pogłosu itd.

#Graphic
Opcje graficzne. Nie jest ich zbyt wiele (Vnes ma więcej), ale musi nam to wystarczyć. Prócz zmiany rozdzielczości (jak gry podczas zabawy zwalniają i haczą, warto ją zmniejszyć, czasem to pomaga), możemy wyłączyć na przykład tło, a pozostawić tylko elementy animowane (postacie i wrogowie), bądź odwrotnie (same tło). Jest to raczej nieprzydatna opcja, ale warto ja wypróbować, choćby przez ciekawość. Ostatni element w Graphic to zrzut ekranu. Chyba nie muszę tłumaczyć do czego służy 🙂

#Keys
Ustawienia sterowania. Niezwykle ważna funkcja, warto zajrzeć przed uruchomieniem pierwszej gry. Pozwala dostosować konfigurację klawiszy – wszystko według uznania, gdyż każdy telefon ma inny rozstaw przycisków i optymalną konfiguracje, metodą prób i błędów, musimy znaleźć sami.

#Skins
Skiny, czyli tak zwane skórki. Jeżeli znudził wam się standardowy wygląd emulatora, to macie tutaj okazję go zmienic. Do wyboru jest kilka motywów.

#Link
Opcję dla wielu graczy. Poprzez Bluetooth możemy połączyć się z drugą osobą i skorzystać z opcji multiplayer (o ile tytuł takową posiada). Miła funkcja, którą warto wypróbować, ponieważ może dostarczyć o wiele więcej radości niż gra w pojedynkę.

Opcję opcjami, jednak trzeba w końcu wziąć się za same działanie emulatora. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po uruchomieniu gry jest szybkość programu. Nawet na wolniejszych modelach prędkość jest na poziomie 90% w stosunku do oryginalnej. Vboya testowałem na Nokii 3650, 6600, 6630, E61 i Samsungu i550 – na każdym telefonie działał idealnie, choć rozpiętość między ich procesorami jest ogromną. Barwy i dźwięk prezentują się świetnie, są niemal żywcem wyjęte z GB, a przekłamania, jeśli już widoczne, zupełnie minimalne i nie rzucające się w oczy czy uszy.

Trochę problemów może nastręczać sterowanie, ale to już kwestia indywidualna. Po paru minutach szperania w konfiguracji klawiatury można je optymalnie dostosować do własnych potrzeb.

Jeśli chodzi o kombatybilność, to z doświadczenia mogę powiedzieć, iż około 80-90 procent tytułów działa bezproblemowo. W pozostałych mogą być pewne przekłamania w grafice czy dźwięku, a jedna na dziesięć/piętnaście nie uruchomi się wcale. Jest to wynik bardzo dobry, o wiele lepszy niż w przypadku Vnesa, który ma problemy na przykład w składankach. Tutaj tego na szczęście nie ma.

Reasumując Vboy to idealne narzędzie dla tych, którzy chcą przypomnieć sobie stare czasy, kiedy to katowali tę małą, niepozorną konsolę. Mimo, że na rynku jest jeszcze kilka innych emulatorów GBC, to produkt Vampentu zdecydowanie wyprzedza je o kilka długości i wart jest wydanych pieniędzy. Polecam.

Ocena: 9/10

Producent: Vampent

Obsługa gier: GB i GBC

Wersja programu: 1.40 dla Symbiana S60v3 i 1.3 dla starszych

Cena: ok 35 złotych

Program do ściągniecia dla Symbiana s60v3 stąd, a dla pozostałych wersji stąd

Aplikacja działa na nastepujących modelach telefonu:
Wersja 1.3
-Nokia Seris 60 (3650,7650,N-Gage,N-Gage QD,6600,7610,6630,6680…i inne)

Wersja 1.40 (S60v3)

– Nokia Seria 60v3 (3250, 5500, 5700, N71, N73, N80, N91, N92, N93, N95, E50, E60, E61, E70…i inne)

Tekst: SpokoWap

Land of the Dead: Day of the Reckoning – recenzja gry Java

Kilka lat temu na ekrany kin wszedł średnio udany film Ziemia Żywych Trupów, który wyreżyserował sam George A. Romero. Dla miłośników człapiących nieumarłych była to nie lada gratka, gdyż tytuł, przynajmniej po części, spełniał fanowskie oczekiwania. Niedawno do rąk wpadła mi gra, powstała na motywyach filmu i bez dłuższej chwili wahania postanowiłem się z nią zmierzyć. Zapowiadała się krwawa przygoda…

Po instalacji, która pożera z pamięci telefonu ok 250 KB, możemy przystąpić do zabawy. Pojawiają się loga twórców, a następnie wybór języka i w tym też miejscu pierwsza niespodzianka – jest też polski. Z dobrym nastawieniem przejrzałem naprędce plik pomocy, w celu poznania sterowania i szkicu historii, po czym wcisnąłem przycisk Nowa Gra.

Przyjdzie Ci wcielić się w rolę mężczyzny imieniem Riley. Jego zadaniem jest szukanie pożywienia, broni i innych przedmiotów z przedmieść i peryferii miasta zaatakowanego przez żywe i żądne krwi trupy. Wkraczamy do akcji tuż po krótkim wstępie, który, prócz fabuły, wyjaśnia nam podstawy sposobu sterowania postacią.

Help me? Nawet graficiarze nie mogą spokojnie popracować w mieście trupów

Rozgrywka polega głównie na parciu przed siebie, zbieraniu skrzynek z żywnością i walką z żywym mięchem. Riley nie może mieć przy sobie więcej jak dwie skrzynki, tak więc co rusz, w odpowiednim do tego miejscu, musimy wzywać Dzień Sądu, który przybywając w odpicowanej furze je od nas przejmuje.

Sterowanie jest proste, natomiast twórcy kompletnie spaprali animacje ruchu postaci. Riley chodzi strasznie wolno i dodatkowo zanim zacznie coś, co według niego jest biegiem (a wygląda jak trucht), musi się kilka sekund rozpędzać. Wygląda to sztucznie i sprawdza się średnio dobrze.

Walka z przeciwnikami to kolejny minus gry. Wrogowie nacierają ku nam powoli i są tak ameniczni jak tylko mogą być trupy. Cios z pięści czy uderzenie łomem, odrzuca ich na pewien dystans, dzięki czemu walka sprowadza się do ciągłego trzaskania w przycisk 5 na telefonie komórkowym. Nuda i tyle.

Gdzie mi tu z tymi łapami?! Umyłeś je chociaż!?

Graficznie Land of the Dead stoi na przeciętnym poziomie. Kolory są wyblakłe (co jeszcze można zrozumieć, mamy w końcu noc), a obiekty zbyt małe. Według mnie kamera obejmuje zbyt duży fragment etapu, znacznie lepiej by to wyglądało w większym przybliżeniu, ale być może jest to wina rozdzielczości mojego telefonu – nie wiem, nie sprawdzałem. Lokacji jest całkiem sporo, ale wyglądają raczej podobnie do siebie. Takie to wszystko bez polotu i pasji ze strony autorów.

Dźwięk słaby. Muzyka przygrywająca w menu głównym kończy się po kilkunastu sekundach i choć odpowiednio mroczna, to nie wpada w ucho. Dźwięki podczas samej rozgrywki irytują – jakieś tam trzaski i praski wprost z banku sampli. Nie postarano się w tym elemencie, oj nie.

Zombie Dance

Reasumując, Land of the Dead w wersji na telefony komórkowe nie jest tytułem zbyt udanym. Dobra fabuła i częste dialogi to trochę za mało by przykuć do ekranu na dłużej niż kilkanaście minut. Przeciętna grafika, słaby dźwięk i ogólna anemia podczas zabawy powodują iż gra nie wciąga i staje się szybko monotonna. Twórcy starali się co rusz wprowadzać jakieś nowe elementy, ale nie przynosi to odpowiednich skutków. Trochę popykałem, wyłączyłem i zapomniałem. Wy możecie sobie odpuścić, chyba, że jesteście fanatykami filmów i wszystkiego co ma związek z Żywymi Trupami. W takim przypadku możecie sprawdzić i grę, w końcu wiele nie kosztuje, a kolekcja się poszerzy. Cóż, na mnie czas, trzeba iść po zakupy. Z łomem za pazuchą rzecz jasna – tak na wszelki wypadek gdybym spotkał jakiegoś narzucajacego mi się Żywego Trupa.

Grafika: 5/10

Dźwięk: 3+/10

Grywalność: 5/10

Ogółem: 4+/10

Producent: Ojom

Testowano na: Samsung I550

Wersja językowa: polska

Gra działa na większości telefonów obługujących Jave (MIDP 2.0)

Tekst i screeny: SpokoWap